GKLUB.PL

Oficjalna strona stowarzyszenia Mercedes Off Road Club

Suwalszczyzna

Piszę sobie maila, piszę (ci, co mnie znają, wiedzą jak wielkie to dla mnie wyzwanie) i trenuję czy umiem go napisać i zarchiwizować, no a potem sprytnie wysłać tam gdzie należy wysłać maila. Jak mi się to uda to znaczy, że jestem gościu w pełni mailowy i komputerowy, a to dla mnie wielka radość zaś będzie, no i rozpocznę twórczość przez duże TWU... No wiec do rzeczy... W ramach poznawania bliżej Ojczyzny naszej wybraliśmy się marcową porą na Suwalszczyznę do Franza. Jurgen, Milczący Rafał, Andrzej, Ziemek, Makowy, no i ja czyli Brunner odpaliliśmy nasze niezwyciężone maszyny i przygotowaliśmy się na nowe wyzwania.

Franz, którego poznałem parę lat temu, to gość z fantazją, gawędziarz i uroczy gospodarz, kochający bardzo piękne okolice Suwałk, miejscowych oryginałów i wariatów... no i nas, bo przygotował nam przepiękną trasę! A z panem bogiem też się dogadał, bo słońce nam świeciło, czaple gęgały, a śnieg lśnił w słońcu...

Mruczały motory, niestraszny nam asfalt ni szuter! Po krótkiej dojazdówce wjechaliśmy w pola i lasy Suwalszczyzny. Po kilku kilometrach polnych dróg, w szczerym polu łacha śniegu, może długa na 200-250 metrów, zalśniła przed nami, w tle mając imponujący wiatrak. Zawyły zawory w Jurgenowej 290-tce, zaniosła się upiornym świstem turbina mojej 270-tki, stukały szklanki w rytm jeźdźców apokalipsy 280-tki Makowego, dogadywały im miarowo wtryski 240-tki Ziemka, a na końcu, wybijając rytm marszu gladiatorów, natarła 290-tka Rafała. Już po dwóch godzinach robótek ręcznych z łopatą i dzięki betonowym płytom, z których była ułożona droga do wiatraka, a które posłużyły nam jako zaczepy do wyciągarek - śnieżna zaspa została pokonana! Dobrze, że jak za czasów napoleońskich naszym celem nie była Moskwa, bo by nam się troszkę zeszło ;-)

Potem leśne dukty, polanki o nachyleniu bliskim zeru, ale tak śliskie, że przebycie 100 metrów uczyniło z nas prawdziwych twardzieli (jak to u Franza), a wyciągarki dały z siebie wszystko. Wąwóz, strumień, kolejna polana, kolejny podjazd w tempie 100m/h, no i zasłużony odpoczynek, ognisko, kiełbaski, a nadto miejscowy samogon o smaku ust kobiety w czerwcową noc i mocy wszystkich Gelend świata razem wziętych, czyli jakieś 80 „woltów”. Po krótkim popasie zjazd przez torfowisko do bazy, no a w bazie, jak to zwykle w grupie gelendziarzy - dyskusje o literaturze, sztuce, poezji i obrazach impresjonistów... czyli opowieści, śmiechy i plany na przyszłość podlane niewielką ilością płynów wysokoprocentowych. Drugi dzień podobny, lasy, polanki, przejazdy przez zamarznięte bajorka (nie zawsze wystarczająco zamarznięte) czyli pięknie, było, ach pięknie!

Reasumując - gospodarz zacności wielkiej człowiek, strat w sprzęcie brak (jak to w gelendach), pogoda super, no i jak, to mawiał mistrz Onufry Zagłoba "kompanija przezacna", choć paru doborowych rycerzy nie było, bo to albo niewiasty dywany im kazały (przepraszam za słowo) trzepać albo rumaki nie gotowe były. Tak to kolejny klubowy wyjazd przeszedł do historii, a serca nasze i gardła radują się na następne. Być może pomyślimy o wyprawie na Białoruś, do której tak entuzjastycznie zachęcał Franz. Wszystko przed nami. Czuwaj!