Góry Złote - listopad

Przyjeżdżając 5 raz w okolicę szeroko pojętej Kotliny Kłodzkiej dopiero teraz o 23:30 stojąc pod prysznicem i słuchając w radiu Liza Minnelli "Życie jest teatrem" z filmu Kabaret uświadomiłem sobie czego mi brakowało. A brakowało tej muzyki z tego na wskroś niemieckiego filmu o narodzinach faszyzmu, o Berlinie, o wycieczce na prowincje, o młodym aktywiście z Hitlerjugend, który pięknym głosem w pięknej górskiej scenerii wyśpiewuje o nadchodzącym jutrze, tak, właśnie tego brakowało w Lądku Zdroju gdzie spędzaliśmy czas od czwartku do niedzieli. Faktem jest kompletny brak aktywistów z Hitlerjugend i innych ugrupowań nie licząc aktywistów strzelania do zwierząt czyli myśliwych, do których pretenduje nasz gospodarz znaczy się Mirek. W piątkowy ranek, pełen wilgoci, mgieł i ciszy, wychylając się z okna dachowego naszego hoteliku widziałem starą Suzukę z dospawanym koszem, w którym leżały zabite dwa jelenie. Mam nadzieję, że po reinkarnacji myśliwi zamienią się w ich ofiary i jakiś zasraniec będzie wiózł ich starą Suzuką.

Wracając do atmosfery miejsca, czas cały przepojony jestem myślami jak strasznie musiało być pięknie i jak strasznie komuna zdewastowała miasteczko, okolicę i infrastrukturę turystyczną. Podjeżdżając pod starą skocznie narciarską, na którą nie chwaląc się wjechałem najwyżej, Brunner - 2, a Rafał - 3, nawet Małysz nie chciałby się wysikać, cała zrośnięta i zdewastowana,a przecież te dziesiąt lat wstecz germańska młodzież krzepiła swoją kondycję skacząc na kiepskich nartach i jeszcze gorszych wiązaniach, ubrana w swetry z owczej wełny i kożuchowe rękawice. Tylko muzyki z Kabaretu brak, tylko pochodni i koni dowożących ciekawskich kuracjuszy z pobliskiego Lądka Zdroju. Pewnie po niemiecku brzmi jakoś inaczej ale S. Tym w Misiu tak bardzo utrwalił mi tą nazwę iż byłem bardzo zaskoczony, że wszystko widzę tu pierwszy raz a przecież znamy się tak długo.

Miejsce spotkania asów opozycji na środku dawnej granicy polsko-czeskiej upamiętnione jest różnymi tabliczkami i zdjęciami, które nieodparcie nasuwają skojarzenia typu "tu pił Kutroń, a tu szparko w koprzywy szczał Hawel". Szczególnie mi się to ciśnie kiedy opowiadał o tym nasz przewodnik Roman (bardzo zacny), pracując uwcześnie jako WOP-ista. Jak to Wądraczkowa śpiewała "malowany dzbanku" tak i u nas Kiszczak trochę pomalował te "dzbany" a my odbieramy jako romantyczny heroizm uwieńczony pokorą otaczających gór. Myślę, że to lipa, że wcale nie omawiali nadchodzącego jutra, bo jak w Kabarecie Hitler za tych naiwniaków wszystko poukładał tak i tutaj Magdalenka już krążyła i wszystko było dopięte.

Jazda samą granicą między słupkami granicznymi była niepowtarzalna, ale trochę ciasna, a po za tym trzeba było rozganiać pieszych turystów, ja nastawiony byłem na błoto i to duże błoto, a błota było jakoś mało. Pierwszego dnia myślałem, że pomyliłem bajkę, że przyjechałem moją zwycięską Gelendą 400 km z przyczepą Saimexów, z elektrycznym kluczem do odkręcania kół itp... na imprezę dla klientów i dziennikarzy Daci Logan 4x4. Na całe szczęście spisek został szybko wykryty, to Brunner pomylił bajki przyjeżdżając, na pedalskich oponach z zamiarem lansowania się po utwardzonych drogach. Po karczemnej awanturze wszystko wróciło do normy, Roman został przekabacony na naszą off-roadową stronę, co owocowało zaostrzeniem trudności jazdy, a Brunnera popisy podziwiały tylko wiewiórki, sarny i jedna Kura.

Wieczorek terenowca po pierwszym dniu wypadł wyjątkowo blado, gdyż dzień wcześniej trwał do 3 nad ranem, natomiast szefowa czyli Grażyna obłatwiła na sobotę Dansing w Geovicie, pyszna zabawa zwabiła część z nas, którzy nie tylko golnąć, ale i pokręcić lubią szczególnie w kontekście mijającego czasu. My z Michałem zaplanowaliśmy nocny spacer śladami dawnych śladów zakończony wyborną kolacją i tak też się stało, no po za faktem, że wszyscy tak samo postąpili i Grażyna z Mirkiem sami bryknęli do Geovity.

Rowerek i Ciocia Samo Zło dzień wcześniej w urokliwej Casablance wprowadzili golonkę pyszną, że aż strach no i to prawda miły lokal, który był wcześniej warzywniakiem pokrytym eternitem okazał się godnym polecenia miejscem, gdzie nie tylko golonkę udało się wprowadzić. Porządziliśmy tam 2-3 godziny w składzie Mariola, Ciocia Samo Zło czyli Kasia, Jacek Rowerek, Rafał milczący, Borys i Michał no i my, kuchnia jak i cały lokal był tylko dla nas, a na koniec kompletna konsternacja, dwa rachunki jeden na 280 PLN i drugi 285 PLN. Rower powiedział, że wszystko zwróci, że nie był przygotowany, Ciotka, że w zamian za to pozmywa, Rafał szukał młotka, aby świnkę rozbić, Borys, że może właścicielkę - jak nie jest szpetna... Wreszcie kelnerka przeprosiła, że doliczyła 5 zł za naleśniki do pierwszego rachunku i tylko ten drugi się liczy.

Podsumowując - było zacnie i nawet chrzanić to błoto, bo jak to mawiają nieważne gdzie tylko z kim.