Góry Złote - październik

Zdeklarowanych chętnych było jak zwykle wielu, ale (też jak zwykle) wielu się nie udało. Jednak coroczna jesienna edycja naszego wypadu na Dolny Śląsk nie mogła się nie odbyć. W 3 samochody – Rafał, Brunner, i Borys – udaliśmy się tym razem do... Londynu? Nie! Nie ma takiego miasta! Jest Lądek Zdrój! Już po 7 godzinach jazdy zakwaterowaliśmy sie w uroczym, rodzinnym pensjonacie o niebanalnej nazwie Niezapominajka i przy kominku rozpoczęliśmy degustacje. Nazajutrz powitały nas połyskujące w słońcu kryształy śniegu i przebijające się przez tumany mgły promienie słońca. Wjechaliśmy w teren. Pierwsze koty za płoty, jak to mówią: tym razem kotami okazały się chwilowo niedziałające blokady i reduktor w aucie Brunnera, potem nastąpiła walka z błotem, czyli 4 godziny na pokonanie 50 metrów trawiastej polanki, tam i z powrotem.

Później było już tylko lepiej czyli przepiękny przejazd przez Złote Góry, cudowne łąki w wysokopiennym lesie, malownicze skały wzdłuż granicy polsko-czeskiej, romantyczne ruiny zamku zbójników i tak do późnego popołudnia. Wieczorem degustacji ciąg dalszy, gra w kulki zwane bilardem, gawędy przy kominku...

Następnego dnia bawiliśmy się razem z trójką przyjaciół na quadach z Wrocławia. Tym razem tereny były zdecydowanie bardziej błotniste, ale potem można było przepłukać maszyny w kamienistej rzece. Po drodze trochę kultury i sztuki – zwiedzanie zamku w Kamieńcu Ząbkowickim dla chętnych, próba reanimacji jednego z quadów poprzez wywracanie go do góry nogami. Cześć grupy (ci, bez lęku wysokości) zabawiła się w ludzi ptaków jeżdżąc na tyrolkach w Złotym Stoku.

Wieczorem, o dziwo, znowu to samo co w czwartek i piątek – czyli degustacji cześć trzecia.

Niedzielnym przedpołudniem opuściliśmy gościnną Niezapominajkę, wcześniej robiąc pamiątkową fotkę z gospodarzami i pełni fajnych wrażeń wróciliśmy do domów.

Świetne tereny, miła baza, czyli jeszcze raz – Dzięki, Zwycięstwo! Pieczątki! ;-)